W zdrowym ciele piękna dusza

7.W zdrowym ciele piękna dusza2

Mariola Bojarska–Ferenc, polska królowa fitness’u. Nieustępliwa propagatorka filozofii wellness. Swoją pasją zaraziła miliony Polaków. Perfekcjonistka w każdym calu. Po latach walki o zdrowe ciało Polek, dziś walczy o ich wiarę w siebie i w sukces, dla którego czas jest najlepszym sprzymierzeńcem.

Teraz Wilanów: Pani Mariolu, oglądając Pani programy w telewizji, widzę, że Witold Gombrowicz twierdzący, iż „nic tak nie wpływa na umysł, jak ciało” miał świętą rację. Jest Pani nie tylko nadworną propagatorką fitness w TVP, ale i kobietą o niezwykłym stanie umysłu. Dba Pani o ciała Polaków, ale i o nasz stan ducha. Proszę nam powiedzieć, co przyświeca Pani w jej pracy i jak realizuje Pani swoją misję?

Mariola Bojarska–Ferenc: Rzeczywiście, prowadzę programy w tym duchu, bowiem, żeby osiągnąć sukces na różnych płaszczyznach, trzeba rozwijać się wielokierunkowo. W programie „Sztuka życia” w TVP 2 wraz z gwiazdami, zachęcam do zdrowego stylu życia, pokazuję, jak dietą i ruchem można zwalczać różne dolegliwości. Znane osoby, dla których widzowie mają wiele szacunku, sympatii, a często nawet uwielbienia, motywują telewidzów do zmiany nawyków na lepsze. Gwiazdy moich programów zdradzają sekrety swojego sukcesu, opowiadają, jak żyją, jakie mają sposoby na stres, itp., a ponadto gotują pod okiem dietetyków, kucharzy i, oczywiście, pokonują trudności w ćwiczeniach. Zabawne jest zobaczyć znane osoby w nietypowych dla nich sytuacjach, np. na zakupach. Jest to mój autorski program, w którym chcę przekonać telewidzów do dbania o własne ciało i umysł. Dobry wygląd oraz samopoczucie jest gwarancją zdrowia i sukcesu.

W „Pytaniu na Śniadanie” w TVP 2 prowadzę środowe spotkania „ Klub Czterdziestka+”, gdzie poruszamy – również z gwiazdami i lekarzami różnych specjalności – problemy kobiet, które skończyły 40/50/60 lat. Na przykład: syndrom pustego gniazda; skończyłam pracę w korporacji i zaczynam nowy samodzielny biznes po 50–tce; pozostawił mnie partner po 30 latach życia i co dalej; zastanawiamy się, czy miłość z dużo młodszym mężczyzną ma sens, itp. Jest bardzo dużo takich tematów i są one bardzo ciekawe, bo życiowe. Chcę podładować kobiety po 40–tce i 50–tce, bo to jest nam potrzebne.

TW: Czy będą to felietony, czy spotkania na żywo?

M.B.–F.: Nie, to są po prostu bardzo fajne spotkania na żywo, które mają inspirować inne dojrzałe kobiety, szczególnie te, którym się wydaje, że ich czas już przeminął. Tym programem chcę pokazać, że kobieta „40 plus” ma w sobie ogromny power do życia, że jest to osoba, która może odnosić sukcesy w pracy, może też przeżywać swoje największe miłości, ponieważ kobieta dojrzała jest właśnie wyjątkowo dynamiczna, a dojrzałość w wielu aspektach może być jej dodatkowym atutem. To jest właśnie kobieta XXI wieku.

TW: Ale przecież na świecie panuje kult młodości, a starość jest niemodna… To jak przekonać kobiety, że ich „40+” wpisuje się w ten kult?

M.B.–F.: To Pani opinia. Każda młoda będzie kiedyś dojrzała. Taka już jest natura. Co to znaczy niemodna? Dojrzałe mają się topić po 40-tce, czy co? To bzdury! To jest właśnie kwestia edukacji kobiet które nie wierzą w siebie, ludzi wokół nich i generalnie całego społeczeństwa. Dziś liczy się dojrzałość, nabyta z wiekiem. W Ameryce na przykład dojrzałe gwiazdy są bardzo cenione. Właściwie w telewizji pracują niemalże do samego końca życia. Wielka dziennikarka Barbara Walters zrobiła karierę dopiero wtedy, gdy była już dojrzałą kobietą. Mikrofon do ręki dostała po 30–tce. Kobiety młode są potrzebne, cudowne, ale w większości programów trzeba mieć autorytet i wiedzę, żeby zdobyć zaufanie widzów. Do tego, by rozmowa była głęboka i interesująca, potrzebna jest mądrość życiowa, która przychodzi z wiekiem, doświadczeniem życiowym. Młodość niesie ze sobą pewnego rodzaju infantylizm i to nie jest nic złego. W felietonach, czy programach rozrywkowych o modzie może się przydać, ale trzeba mądrze obsadzać młodych, by nie zrobić im krzywdy. Jest miejsce dla wszystkich. Nie odsuwajmy jednak kobiet 40–, 50–letnich w kąt, bo w nich drzemie ogromny potencjał i jest miejsce w każdym biznesie.

TW: Czy myśli Pani, że i w Polsce nastąpi kiedyś takie przewartościowanie? Bo chyba zgodzi się Pani ze mną, że nie jest do końca tak, jakby Pani sobie życzyła?

M.B.–F.: Jestem tego więcej niż pewna. To jest kwestia czasu i edukacji, kultury. Gdybym ja była szefem stacji telewizyjnej, to znalazłabym środek, aby znaleźć miejsce dla jednych i drugich. Na pewno lansowałabym wzór kobiet dojrzałych, które już swoje przeżyły, widziały i wiedzą, na czym świat polega. Teraz zadbane 40–tki i 50–tki wyglądają o 10 lat młodziej – młodość nie jest w metryce, jest w nas.

Nie znoszę pytania „Ile Pani ma lat? Proszę popatrzeć na Magdę Gessler, dojrzałą kobietę, jak świetnie rozwija swoją karierę. Zaczęła pracę w telewizji w wieku dojrzałym, a profesjonalizm dziś jest w cenie w każdej dziedzinie. Monika Olejnik super wygląda i nie schodzi z ekranu, bo ma coś do zaoferowania. To jest wielki potencjał i nie ma sobie równej. Alicja Resich–Modlińska elegancka i inteligentna. Miło się jej słucha.

TW: Ale sama Pani zaczynała swoją ponad 20–letnią karierę w mediach jako młoda dziewczyna.

M.B.–F.: Tak i chcę to podkreślić raz jeszcze. Nie mam nic przeciwko młodości i temu, że młodzi ludzie chcą robić karierę w telewizji. To ich prawo, ale niech szanują również dojrzałość, bo czas szybko leci i też kiedyś będą po 40–tce, 50–tce. Proszę pamiętać, że ja nie przyszłam z niczym jako młoda dziewczyna tylko byłam pierwszą kobieta, która zaczęła propagować fitness. Przyszłam z czymś nowym, czego jeszcze Polska nie widziała i byłam do swojej pracy przygotowana. Absolwentka AWF, reprezentantka Polski w gimnastyce artystycznej, uczestniczka światowych kongresów, autorka pierwszego polskiego video z ćwiczeniami (Callanetics), autorka artykułów w najlepszym polskim miesięczniku „Twój Styl” to nie mało jak na 27–letnią dziewczynę!

Wiedziałam, czego chcę od życia. Nie wpychałam się z niczym, tatuś mi nie załatwił, ani mąż, więc może dlatego konsekwentnie zostałam ponad 20 lat, bo wciąż mam coś do zaoferowania. Zaczynałam „po amerykańsku” montaż, przygotowanie informacji dla starszych kolegów, potem felietony, itd. Uczyłam się. Chłonęłam. Siedziałam po 15 godzin w TVP. Jako młoda dziewczyna, chciałam poznać wszystko.

TW: Czy to znaczy, że ma Pani poczucie, że czas Pani gwiazdy dopiero nadchodzi?

M.B.–F.: Nigdy nie powiem „Stop!”. Ciągle wierzę, że najlepsze jeszcze przede mną. Nie boję się walczyć o siebie, niczego się nie boję.

TW: Ale jest Pani gwiazdą od ponad dwudziestu lat i cały ten czas pracowała Pani ciężko na swój sukces gwiazdy fitness’u i zdrowego stylu życia. Jak Pani ocenia to, że dziś gwiazdą możemy stać się w jedną noc?

M.B.–F.: I mogą pozostać gwiazdą tylko jednej nocy. Niestety, w Polsce gwiazdą staje się panienka w jednej chwili, gdy pokaże piersi na ulicy, powie dwa zdania w filmie lub spotka się z jednym, bądź drugim znanym panem i narobi dużo szumu.

Dla mnie gwiazdą się nie bywa, tylko jest. Dla mnie gwiazdą jest Maryla Rodowicz, Jan Englert, Marek Kondrat, Krystyna Janda, nie popiskujące jednoroczne odkrycia brukowców.

TW: Skoro wspomniałyśmy o tym „parciu młodości”, to sukces fitness’u i mody na zdrowy styl życia – który właśnie Pani promuje przez te wszystkie lata – wynika z tego, że chcemy tę młodość jak najdłużej zatrzymać. Stąd też takie powodzenie Pani książek i programów poradnikowych, o tym jak zatrzymać czas?

M.B.–F.: Tak, to jedno z drugiego wynika. I właśnie dzięki temu, że dbamy o siebie, mając lat „40 plus”, możemy być w kwiecie wieku, mamy odchowane dzieci, zdobyte doświadczenie zawodowe i życiowe i wspaniałe, dobrze służące nam ciało. Chcemy też mieć ciągle doskonały wygląd, bo to jest wymóg naszych czasów i stąd takie powodzenie fitness’u w każdej postaci. Gdy się sobie podobamy, rośnie nasza samoocena i jesteśmy postrzegani lepiej. Chce nam się żyć. Żyć jak najdłużej.

TW: To proszę nam teraz opowiedzieć, jak zaraziła Pani miliony Polaków pasją dbania o siebie. Jest Pani od wielu lat autorytetem w tej kwestii i – powiedzmy to wprost – jest Pani odpowiedzialna za sprowadzenie do Polski większości form fitness’u.

M.B.–F.: Zaczęło się, gdy miałam 25 lat. Wtedy właśnie wypromowałam modę na Callanetics, czyli metodę ćwiczeń, która była znana na świecie i natychmiast stała się hitem i w Polsce. Razem z przyszłymi właścicielami „Twojego Stylu” wydrukowałam gazetkę o Callanetics. Potem doszły kasety video i okazało się, że tym tylko sposobem odchudziłam miliony Polaków. Te płyty i gazety rozeszły się w nakładzie ponad 3 mln egzemplarzy! Pamiętam zdarzenie, gdy przyszłam do wypożyczalni video w Poznaniu i właściciel powiedział mi „Pani Mariolu, ja już tyle zarobiłem na Pani kasetach z Callanetics, że ma Pani u mnie do końca życia wszystkie kasety za darmo!”. Oczywiście, temu Panu nawet nie przyszło do głowy, że zdradził się ze swoim udziałem w piractwie kaset, ale intencje miał bardzo dobre.

TW: I dziś, po tych 25 latach możemy jeszcze to nagranie zobaczyć na płytach DVD.

M.B.–F.: Tak, człowiek, który kiedyś je wydał, postanowił na 25–lecie zrobić reedycję tego wydania i dziś możemy znowu zobaczyć jak dwudziesto–kilkuletnia Mariolka uczy Callanetics (śmiech). DVD można kupić. W internecie ciągle są modne te ćwiczenia.

TW: Ale nie koncentrujmy się tylko na Callanetics. Przecież to Pani wypromowała i Pilates i jogę i wiele innych. Skąd ta wiedza i umiejętności jej przekazania?

M.B.–F.: Rozpropagowałam właściwie ponad 200 form ruchu, a stało się tak dlatego, że, mając te dwadzieścia–kilka lat, kierowałam się intuicją i wszystkie swoje pieniądze inwestowałam w swój rozwój, kształcenie i doskonalenie. Zapisałam się do dwóch amerykańskich organizacji IDEA i ECA, zajmujących się rozwojem zdrowia i fitness’u, i po prostu regularnie wyjeżdżałam tam na szkolenia. Pierwsza organizacja skupia około 8 tysięcy członków z całego świata. Na kongresach prezentują nie tylko najnowsze techniki ruchu, ale i najnowsze badania na temat metod odchudzania, diet i efektywności ćwiczeń. Stamtąd też zawsze przywoziłam materiały do moich programów i książek, artykułów.

TW: Nie miała Pani nigdy wrażenia, że na coś będzie za wcześnie dla Polek?

M.B.–F.: Zawsze byłam 7 lat przed innymi. Jak zaobserwowałam, to dopiero 7 lat po tym jak ja zaprezentowałam jakąś nową metodę w mediach, przywiezioną ze szkoleń, ona stawała się u nas hitem. Wchodziła na stałe do klubów i ludzie zaczynali ją masowo ćwiczyć. W 2000 roku pokazałam Pilates i dopiero w 2007- 2009 zaczął on być bardzo popularny.

TW: Była Pani prekursorką tych wszystkich metod… Czy czuje się Pani dzięki temu troszeczkę bardziej „światowa”?

M.B.–F.: Bardzo światowa, byłam na około 30 kongresach w Ameryce, Szwajcarii, Szwecji i Niemczech. Muszę przyznać, że te szkolenia i wyjazdy dawały mi nie tylko wiedzę, ale i siłę do działania. Poznawałam tam absolutne gwiazdy fitness’u, jak na przykład trenera Madonny, od którego nauczyłam się jogi dla dwojga, wspaniałych tancerzy z Broadway’u którzy nauczyli mnie technik tanecznych ruchu, zumby, latin dance, itp. i taniec stał się dla mnie prawdziwą przygodą. Najlepsi trenerzy ze świata byli potem gośćmi moich programów w Polsce.

TW: No właśnie, wiem skądinąd, że ma Pani jakiś background taneczny w przeszłości?

M.B.–F.: Tak, gdy byłam gimnastyczką artystyczną, jako mała dziewczynka, ćwiczyłam podstawy baletu klasycznego, choreografię u radzieckiego choreografa Viktora Charczenko, później zatańczyłam raz w popularnym zespole tańca nowoczesnego „Sabat”, jak byłam młodą dziewczyną. Zawsze gdzieś w tyle głowy miałam, że chciałabym tańczyć. Jak przyjeżdżam na kongres to pierwsze, co robię, to na początku coś dla siebie, dla swojej kobiecości; zapisuję się na zajęcia taneczne, by się wyszaleć z tancerzami. Potem zabieram się za wykłady z dietetyki, fizjologii z fantastycznym profesorem Lenem Kravitzem, jednym z najpopularniejszych fizjologów amerykańskich, który bada mięśnie brzucha i skuteczność ćwiczeń na brzuch. Czytałam jego książki, uczestniczyłam w jego bardzo ciekawych wykładach. Z kolei u innego profesora – Paula Cheka z San Diego, do którego, by się dostać na wykład, trzeba zapisać się pół roku wcześniej, bo tak jest oblegany – poznałam wiedzę na temat prawidłowego odżywiania się. To jest profesor, który zajmuje się przygotowywaniem diet dla wielkich gwiazd filmu, prawdziwy guru w tej dziedzinie. Kontakt z najlepszymi dał mi taki feedback, że do dziś przez te 25 lat egzystuję nie tylko zawodowo, ale też prywatnie.

TW: Nic dziwnego, że jest Pani absolutnym autorytetem w tej dziedzinie. A jak Pani ocenia ewolucję fitness’u na świecie?

M.B.–F.: W ciągu 25 lat z jednej formy aerobiku, który rozpropagowała na świecie Jane Fonda, to do dziś mamy ponad 200 form fitness’u. Pojawiły się nowe sprzęty i powstał cały przemysł, wychodzący naprzeciw tej modzie, i dlatego tak mnie to ciekawiło. Przede wszystkim to, co najbardziej mnie osobiście w tym rozwoju cieszy, to fakt, że ludzie rozkochali się w fitness’ie i świadomość ludzi o potrzebie ćwiczeń stała się bardzo duża. Cieszę się, gdy w fitness klubach widzę dojrzałych ludzi, ludzi starszych i – choć pewnie są to zalecenia lekarzy – to świetnie, że oni się przełamują i próbują zachować w ten sposób zdrowie. Bo rzeczywiście nie jest to bajką, że ruch jest prewencją praktycznie wszystkich chorób i, nawet jeśli zapadniemy na jakąś z nich, a jesteśmy bardzo wysportowani, to łatwiej nam z tej choroby wyjść. Szybciej się z niej wygrzebać, a nawet psychicznie sobie z nią poradzić, bo przecież ćwiczenia to nie tylko ciało. To również umysł. Ćwicząc ciało, ćwiczymy siłę woli, siłę walki ze sobą. I to jest niezwykle ważne. W Ameryce ludzie dojrzali ćwiczą wszędzie, a nawet w szpitalach ludzie są mobilizowani do ćwiczeń.

TW: Dlatego pisze Pani o tym w swoich książkach?

M.B.–F.: W sumie napisałam 3 poradniki o tym, jak bardzo ważny jest w naszym życiu ruch i dbałość o dietę. Mniej więcej co 8 lat, tak jak dojrzewałam. Na początku, kiedy byłam młodą zafascynowaną fitess’em kobietą, napisałam „Cudowny ruch”. Później kolejną moją książką, napisaną na moje 40–te urodziny była „Zatrzymaj czas” i ta książka bardzo się spodobała nawet lekarzom. Wypowiada się tam wielu najlepszych naszych profesorów na temat prewencji różnych dolegliwości. Uczymy, co można zrobić, by zapobiec konkretnym chorobom. Napisana w tonie bardzo pozytywnym.

A trzecia książka jest kompletnie inna, to wydana w październiku 2012 roku „Sztuka dobrego życia” i to jest książka o tym, jak odnieść sukces na różnych płaszczyznach poprzez dietę i styl życia. Skupiam się w niej na diecie w kontekście dolegliwości, bo przecież wiadomo, że kiedykolwiek coś nam dolega, to nie jesteśmy w stanie, ani pracować, ani tym bardziej odnieść jakiegokolwiek sukcesu, bo skupiamy się na dolegliwości. Jeśli mamy braki z koncentracją lub jeśli cierpimy na migreny, to nie możemy skupić się na pracy. Jeśli cierpimy na otyłość, to ta otyłość niesie za sobą szereg innych chorób, jak choroby układu krążenia, cukrzyca. To też nam przeszkadza. Tę książką chciałam wytoczyć wojnę nadwadze. Opracowałam w niej ponad 30 manu 1.200 oraz 1.300 kalorii – plan żywienia od śniadania do kolacji – pięć posiłków dziennie. Z tej książki można nauczyć się zdrowo gotować. To są dość proste posiłki, ale uczą prawidłowego odżywiania się. Są one oparte na japońskiej diecie Okinawy, ułożonej na zasadzie wysokiej gęstości odżywczej i niskiej gęstości kalorycznej. Są to posiłki oparte na produktach, które mają w sobie dużo błonnika, witamin,wody, a mało tłuszczu i cukru. Japończycy, jak wiemy, są chudzi i świat oszalał na punkcie tego sposobu odżywiania. Wystarczy spojrzeć na czerwone dywany Los Angeles, gdzie wszystkie gwiazdy są chude jak makaroniki, bo one odżywiają się w ten sposób i widać, że te osoby dbają o siebie. W tej książce nie namawiam do głodzenia się, a pokazuję, jak stale mieć pełny żołądek i nie tyć. Można jeść duże porcje, ale mądrych rzeczy. Przy okazji, żeby jeszcze poedukować czytelnika, zrobiłam tam podział na menu, pod kontem walki z różnymi dolegliwościami. Są diety, takie jak antycellulitowa, antycukrzycowa, czy antymigrenowa – w sumie trzydzieści. To wszystko jest wellness, życiowa równowagę, którą jak osiągniemy, jest szansa na sukces.

TW: Wasze przyjęcia domowe słyną z tego, że gości na nich prawdziwa śmietanka towarzyska, która uwielbia Pani perfekcjonizm we wszystkim. W menu dobrze dobranym, w atmosferze pięknego wnętrza, w stylu Art déco i kreacjach gospodyni domu i jej koleżanek.

M.B.–F.: Muszę przyznać, że czasami męczy mnie ten mój perfekcjonizm. Uwielbiam gotować dla moich przyjaciół, bo są wspaniali. Dom pełen ludzi – to daje mi przyjemność. Nie jestem typem samotnika.

TW: Ale innych najwyraźniej nie. Podobno ściągnęli za Panią tu – na Zawady – z różnych dzielnic Warszawy i mieszkacie sobie teraz po sąsiedzku?

M.B.–F.: Tak, dobrze się tu na Zawadach mieszka. My z mężem jesteśmy tu od dwunastu lat i rzeczywiście wielu znajomych udało nam się przekonać do tego miejsca. Spotykamy się na spacerze, joggingu w sklepie, no i, oczywiście, przy dobrym winie.

TW: To pewnie dzięki tej filozofii wellness, która bije od Pani nie tylko

z monitorów telewizyjnych. Bardzo dziękuję za natchnienie. Zbliża się wiosna, czas zadbać o nasze wnętrze, choćby zaczynając od zdrowej diety i weekendowych spacerów.

M.B.–F.: Po których nasze ciało będzie fit i nasz umysł rozkwitnie.

Wywiad przeprowadziła:

Dorota Wójtowicz-Wielgopolan

Foto: Magda Mosur