Rozmowa ze Świętym Mikołajem

2.Rozmowa ze Świętym Mikołajem2

Każdy list do mnie dotrze”

Urodził się w III wieku naszej ery i żyje do dziś. Być może nie każdy w to wierzy (może wręcz tylko nieliczni), ale nawet ludzie uważający go za produkt popkultury na pewno nie chcieliby, żeby przestało istnieć to, co uosabia – chęć dzielenia się z innymi, gotowość niesienia pomocy potrzebującym i pragnienie uszczęśliwiania tych, których kochamy.

W rozmowie z nami odsłania kulisy swojej, otoczonej legendą, biografii i mówi nam o tym, co w życiu najważniejsze…

Teraz Wilanów: Pochodzi Pan z bogatej rodziny. To rzadkość wśród świętych…

Święty Mikołaj: To prawda, im większe bogactwo, tym więcej pokus i tym trudniej o świętość. Ale jakoś mi się udało, podobnie jak Franciszkowi, który też rozdał swój majątek biednym. Odziedziczyłem naprawdę wiele, ale co komu po pieniądzach, jeśli nie dzieli się ich z innymi?

TW: Jak wspomina Pan swój pobyt w Mirze, gdzie piastował Pan funkcję biskupa?

ŚM: Urodziłem się w 270 roku w Patarze, a przynajmniej w okolicach tego roku – po tylu wiekach trudno, żebym pamiętał dokładnie. Potem przeniosłem się do Miry, gdzie mieszkańcy wybrali mnie na biskupa. Współcześnie to tereny Turcji.

TW: W naszych czasach taki wybór nie byłby już możliwy…

ŚM: To prawda, wtedy sprawy wiary nie były jeszcze tak sformalizowane i często to nie decyzja hierarchów, ale głos ludu decydował o tym, kto zostanie biskupem albo świętym…

TW: A czym zasłużył Pan sobie na to w oczach mieszkańców? A może te wszystkie opowieści o Panu to tylko legendy?

ŚM: Kiedy ktoś jest znany, często ludzka wyobraźnia ubarwia jego biografię. Ale na przykład opowieść o tym, jak pomogłem trzem ubogim pannom, które chcieli sprzedać ich żyjący w biedzie rodzice, jest prawdziwa…

TW: Jak to było?

ŚM: Dowiedziałem się o tym od ich sąsiadów i postanowiłem do tego nie dopuścić. Ale nie wiedziałem, jak dać im pieniądze tak, żeby nie czuli się urażeni, gdyż byli bardzo honorowymi ludźmi. Wiedziałem, że jeśli tak po prostu przyjdę do ich domu i zaoferuję pomoc, to odmówią. Zakradłem się więc nocą, wszedłem na dach i przez komin wrzuciłem im trzy sakiewki z pieniędzmi. Traf chciał, że wpadły one do pończoch, które te trzy dziewczyny suszyły przy kominku.

TW: To stąd wziął się zwyczaj chowania prezentów w skarpetach?

ŚM: Tak, ale nie wszędzie się przyjął. Zadomowił się gównie w tych krajach, w których w powszechnym użyciu były kominki. Gdzie indziej, jak na pewno wiecie, kładzie się je pod choinką albo chowa pod poduszką śpiącego dziecka.

TK: Jak to się stało, że z Azji Mniejszej przeniósł się Pan na północ?

ŚM: Jak Pan zapewne pamięta, z czasem całe chrześcijaństwo przeniosło się na północ. W siódmym wieku na terenach Azji Mniejszej zadomowił się islam, nasza religia natomiast opanowała Europę. Po upadku Konstantynopola w XV wieku zniknął ostatni ślad Cesarstwa Rzymskiego, którego byłem obywatelem – więc nic już mnie nie trzymało w tamtych stronach. Do tego jeszcze doskwierał mi panujący na terenach dzisiejszej Turcji upał. Postanowiłem więc przenieść się gdzieś, gdzie temperatury są zupełnie inne.

TW: I wybór padł na Laponię?

ŚM: Właściwie to mam dwa domy – jeden w Laponii, a drugi na biegunie północnym.

TW: Dwa? Czy nie za rozrzutnie jak na świętego?

ŚM: Premier Berlusconi ma ich dwadzieścia, więc ja mogę mieć dwa. A tak serio to proszę nie zapominać, że zatrudniam wielu pomocników – do czytania listów, pakowania prezentów, rozwożenia ich później po całym świecie. To skomplikowane logistycznie przedsięwzięcie i wymagające odpowiedniej przestrzeni. Chciałbym przy okazji zdementować krążącą od prawie dwustu lat pogłoskę, jakobym podjął decyzję o przeniesieniu się na północ pod wpływem słów poety Clemensa Clarka Moore’a, który w 1822 roku napisał o mnie poemat. Jest w nim mowa o tym, jak przybywam saniami zaprzężonymi w renifery z bieguna. Moore nie wymyślił tego sam, a ja nie przeprowadziłem się pod wpływem jego utworu. On mnie po prostu w tych saniach zobaczył, a potem użył swojego talentu i stworzył poemat.

TW: No dobrze, ale nie da się zaprzeczyć, że Pana wizerunek w ciągu wieków bardzo się zmieniał?

ŚM: Chyba nic w tym złego? Przecież strój współczesnych kapłanów też różni się od tego, jaki nosili kiedyś ich poprzednicy. Wystarczy obejrzeć pierwszy lepszy film historyczny, żeby się o tym przekonać. Nawet papież obecnie nosi inne szaty, niż przed wiekami. Nie mówiąc już o tym, że nie każą wozić się w lektykach.

TW: No tak, ale mi chodzi przede wszystkim o lata 30. XX wieku, kiedy to pewna znana na całym świecie firma, produkująca napój gazowany, wymyśliła Panu nowy image…

ŚM: Cóż, to prawda. Faktycznie może się wydawać, że uległem amerykańskiemu koncernowi. Ale prawda jest taka, że chciałem po prostu iść z duchem czasu. Inna rzecz, że infuła i pastorał, które do tamtej pory nosiłem, niezbyt chroniły przed zimnem na biegunie. A czerwony ciepły płaszcz i czapka jak najbardziej. Uznałem więc, że nic się nie stanie, jeśli nieco zmienię wizerunek. W końcu to nie szata zdobi człowieka. A tym bardziej Św. Mikołaja.

TW: Spytałem o to, bo wielu uważa, że jest Pan produktem kultury masowej…

ŚM: Nie potępiałbym żadnej kultury tylko dlatego, że jest masowa. Bo w sumie co w tym złego? Owszem, ma ona swoje negatywne strony – tracą na wartości autorytety, trudno odróżnić rzeczy wartościowe od banału, istnieje tendencja do równania w dół, do konformizmu estetycznego i etycznego, ale nie warto potępiać wszystkiego w czambuł. Masowość przekazu i globalny charakter współczesnej kultury mogą stanowić też zaletę! Wszystko przecież zależy od tego, co się promuje! To, czym się zajmuję, wyraża najlepsze cechy ludzkiego charakteru – altruizm, życzliwość wobec innych, potrzebę niesienia pomocy tym, którzy jej potrzebują, a przede wszystkim przyjaźń i miłość, bo to właśnie z ich powodu chcemy uszczęśliwiać naszych najbliższych. Jeśli w Boże Narodzenie ludzie dzięki kulturze masowej sobie o tym przypominają, to niech ta kultura będzie jak najbardziej masowa! Cała komercyjna otoczka jest tak naprawdę nieważna. Istotne jest to, żeby święta wyzwalały w nas najpiękniejsze uczucia. To o to chodzi w dawaniu prezentów.

TW: To wszystko prawda, ale większość ludzi uważa, że Pan nie istnieje…

ŚM: Dziwne słowa w ustach kogoś, kto właśnie ze mną rozmawia. Powiedziałbym, że w stylu Iwana Karamazowa (rubaszny śmiech)…

TW: Touché. Proszę na koniec powiedzieć, na jaki adres można pisać do Pana listy, bo krążą na ten temat różne opinie…

ŚM: Napływa ich tyle, że moją korespondencję obsługują aż trzy urzędy pocztowe. Pierwszy z nich znajduje się w Norwegii (Julenissen’s Postkontor, Torget 4, 1440 Drøbak, Norwegia), drugi w Finlandii (Santa Claus, Arctic Circle, 96930 Rovaniemi, Finlandia), a trzeci w Kanadzie (Santa Claus, North Pole, Canada, H0H 0H0). Nie ma znaczenia, na który z nich zaadresujecie list z prośbą o prezent, każdy do mnie dotrze.

TW: Dziękuję za rozmowę!

ŚM: Ho, ho, ho!

Rozmawiał

Tomasz Mackiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>